marca 25, 2018
Wyjazd do Warszawy - z psychologicznego punktu widzenia.
Czy to, że nie jestem z zawodu psychologiem oznacza to, że nie mogę pisać "z psychologicznego punktu widzenia"? Otóż nie. Każdy może się zainteresować takimi rozkminami, jak ja się ostatnio zainteresowałam. Widzę, że odkryłam nowe hobby. Chociaż gdyby tak się nad tym zastanowić, może to zawsze mnie interesowało?
*Nadużywam słów "chociaż", "jednak" i "może". Wypadałoby znaleźć do nich jakieś synonimy, wiem ;D
**Jeśli ten post będzie długi, przepraszam! Mam dzisiaj dużo energii i weny :-)
Szkoda, że w piątek i wczoraj nie miałam tyle energii. Cóż, zaraz spróbuję przeanalizować, dlaczego.
-to nie związane z wycieczką-
Jakieś kilka miesięcy wcześniej dziwiłam się, jak można spać 8 godzin. U mnie zawsze to jest około siedmiu, ewentualnie 4-6 godzin. W weekendy bywa ekstremalnie - 10-11. Ale tak 8 - 8,5 przeciętnie? Nie wyobrażałam sobie tego. Okazało się dzisiaj, że to jest dla mnie idealna długość snu. Około dwie godziny temu wróciłam ze spaceru z przyjaciółką Kasią. Nie mogłam się nagadać, opowiadałam wszystko na każdy temat. BFF była jak widać bardzo zainteresowana, bo przeszłyśmy ponad 7 km. Zahaczyłam o temat nauki w liceum, jak u mnie wyglądają lekcje, zachowują się nauczyciele i uczniowie itp. Oraz opowiedziałam jej o tym wypadzie do Warszawy.
Zakładam, że moja introwertyczna część osobowości jest podatna nie tylko na energię pobraną z cichego otoczenia i spokoju, ale również energię pobraną ze snu. Ale to temat na inny wpis, zamierzam przeprowadzić rozważania na temat tego, ile jest we mnie % introwertyzmu, a ile ekstrawertyzmu. Jestem niezmiernie ciekawa, jak to ze mną jest. Nie zastanawiałam się nigdy nad tym głębiej, bynajmniej warto jest poznać siebie.
- dobraaa, przechodzę do głównej myśli posta :D -
Co najbardziej istotne, pojechałam do miasta sama. Nie mówiąc o tym rodzicom.
*Wielkie mi halo Syldżensie, masz te osiemnaście lat...Ekscytujesz się jak spora część dziewczyn pierwszą miesiączką...Normalnie jakby to było wydarzenie roku lub lot w kosmos...*
No tak, to nie jest jakaś poważna sprawa, gdyby nie to, że rodzice niebywale się o mnie martwili.
Osiemnastoletnia dziewczyna ponad 200 km od domu, sama. Nic nie powiedziała o tym, że gdzieś chce jechać. Z jednej strony to faktycznie było mega nieodpowiedzialne w oczach moich rodziców. Z mojego punktu widzenia pokazałam sobie, że potrafię być odpowiedzialna.
Jeśli chodzi o wyrzuty sumienia, mam. Ale naprawdę niewielkie, praktycznie znikome.
Sama bym się martwiła, gdyby moje dziecko, które ledwo co wkroczyło w dorosły świat, pojechało sobie samo bez mojej wiedzy do dużego miasta.
Tylko, że ja mam nieco inne odczucia w tym temacie. W każdym razie znam przecież moich rodziców i wiem, że nie raz przesadzają ze swoją opiekuńczością. Nie zamierzam ukrywać tej prawdy, bo kto ich zna, ten wie. Nigdy w życiu bym nie przeżyła jakieś większej przygody, gdybym się z lekka nie buntowała.
Taka ciekawostka, pierwszy raz, kiedy byłam te 25 km od domu sama (właściwie to nie sama, bo z koleżankami), to było po skończeniu gimnazjum. Składałam dokumenty do liceum.
Ja się tu nie żalę. No dobra, to mój blog. Tak, trochę się żalę ;p Gdyby nie dziewczyny to pewnie nie dotarłabym szybko do tego liceum nawet, bo bym się zgubiła. Fuck, brak mi słów na takie podejście do wychowania dzieci. Ja rozumiem - trzeba nad wszystkim panować, ale popadanie w skrajności to najgorsze co może być. Zarówno przerażają mnie rodzice, którzy pozwalają dziecku na dosłownie wszystko i ci, którzy nakładają zbyt wiele (często absurdalnych) zakazów.
Więc wszystko sprowadza się do tego, że za Chiny nie pozwoliliby mi jechać do Warszawy, nawet z żadną przyjaciółką by nie pozwolili. Także wzięłam sprawy w swoje ręce i niezmiernie się cieszę z tego powodu. Wychodzi na to, że z mamą będę miała ciche dni, a tata jakoś to przyjął do wiadomości w miarę spokojnie i zaakceptował przyjmijmy. Aczkolwiek tego nie przewidziałam, to zwykle tata był bardziej nastawiony krytycznie do moich wybryków. Ostatnio nawet byłam w konflikcie z matką, a ojciec się do tego włączył. Później role się zamieniły, tata się mnie uczepił, mama broniła i wspierała. Myślałam, że tak samo będzie tym razem. Okazało się inaczej. Chociaż tata dalej jest zwolennikiem stwierdzenia "Jak skończysz szkołę, będziesz sobie jeździć tam, gdzie zechcesz...". No jasny gwint, to dalej jest ta sama postawa typu "Rzućmy bachora na głęboką wodę tak nagle, jak się utopi - trudno." Tak zamiast powolutku oswajać dziecko z nowym żywiołem :/
Oookej. Więc wracam do tego, jak ten wyjazd wpłynął na mnie. Przede wszystkim mam satysfakcję, że się nie zgubiłam i większości zorganizowałam dużo rzeczy sama. Zwiększyło mi się poczucie własnej wartości oraz częściowej niezależności (kurczę, szkoda, że finansowej jeszcze nie mam).
Jednocześnie psychicznie nie czułam się najlepiej. Myślami chodziłam po domu i zastanawiałam się, co się tam właśnie dzieje. Cały czas miałam na uwadze to, że mogę się gdzieś w tym dużym mieście zgubić. Doszło do tego niewyspanie, w nocy z czwartku na piątek obudziłam się kilka razy, dygotałam się nawet. Ale to raczej było spowodowane ekstremalnie niską temperaturą w moim pokoju niż stresem przed podjęciem ryzyka, jakim była wycieczko-ucieczka z domu. Jeśli chodzi o sobotę, no dobra. 7 godzin snu to najwidoczniej było dla mnie za mało.
Kolejna kwestia, że włączył mi się tryb introwertyczny. Zbyt wiele się działo, żebym mogła skupić swoją uwagę i uspokoić przeskakujące z miejsca na miejsce myśli. Wcieliłam się w rolę obserwatorki, myślicielki, słuchaczki. Tralala, no może trochę byłam zestresowana :D Podsumowując, nie byłam trochę sobą, ale byłam na tyle ogarnięta, żeby poruszać się po ulicy ;)
Żałuję trochę, że nie wszystko się udało. Chciałabym przeprosić Łukasza, że byłam tak słabo komunikatywna (swoją drogą Wybrańczyk fajny facet <3), no ale jeszcze na pewno znajdzie się okazja, żeby pogadać ^^ Poznałam Kubę i Mateusza (serdecznie pozdrawiam!), fajnie spędziłam czas :-) Jestem bardzo zadowolona! Jutro może coś napiszę o wydarzeniu, w którym brałam udział. Szkoda, że nie mogłam być w Warszawie jeszcze dzisiaj, no ale muszę chodzić do szkoły!!
#edukacjowelove
Mam już kilka pomysłów na przyszłe posty. Uznałam, że opisywanie zwykłego życia Syljensa jest z deczka nudne. Ten, kto mnie bliżej zna ten wie, że jestem niepozornie szalona, więc kiedy będzie coś trzeba napisać to tutaj napiszę. I już obiecuję, zero żalenia się z codziennych problemów...
...szkolnych. Miałam na myśli tylko szkolnych ;P <3



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Hejka ^^ Jeśli chcesz skomentować wpis, upewnij się, że przeczytałaś/przeczytałeś cały. Nie potrzebuję spamu bylejakimi komentarzami z dopiskiem "zapraszam do mnie" :)